sobota, 2 stycznia 2016

Rozdział 2.


Otwieram delikatnie oczy i lekko rozluźniam rękę, z której w końcu wypada nóż. Nie wiem, co teraz robić. To wszystko stało się tak nagle, a teraz zostałam sama, bez żadnej pomocy. Siadam na sporym korzeniu i zaglądam do plecaka.
   - Kilka bułek, trzy pomidory, dwa jabłka i dwie butelki wody. Mało. Zbyt mało. Będę musiała znaleźć więcej.
Powoli się podnoszę, chwytając za nóż i zakładam na siebie dość spory, czarny plecak, po czym idę przed siebie. W lesie panuje głucha cisza. Zaczynam iść nieco szybszym krokiem. W pewnym momencie obok mojego prawego ucha przelatuje nóż, lądując w drzewie dwa metry ode mnie. Mimowolnie obejrzałam się za siebie i dostrzegłam dziewczynę średniego wzrostu, szatynkę. Biegnę na lewo. Niestety, dogania mnie i powala na ziemię.
W tym momencie leżę na plecach, ogromnie przerażona. Trzymam w ręce nóż i w każdej chwili mogę ja dźgnąć. Ona celuje we mnie, ja w nią.
   - Zostaw ją - słyszę męski głos.
W tym momencie dziewczyna ogląda się za siebie, przy czym odsłania mi posiadacza głosu.
  Jest to chłopak w wieku około 20 lat. Dość wysoki brunet o piwnych oczach. Trzyma w dłoni pistolet.
   - Dobra, wyluzuj - mówi dziewczyna. - Już ją zostawiam - powiedziawszy to, odchodzi, oglądając się za siebie.
W dalszym ciągu jestem roztrzęsiona. Nie wiem, kim jest ten chłopak i jakie ma zamiary.
   - Będziesz tak leżeć i czekać aż cię zabiją?
   - A co, masz takie plany względem mnie?
   - To się jeszcze okaże. Jak na razie nie ma takiej potrzeby. A ja nie zabijam bez potrzeby.
Po tych słowach wstaję, a on delikatnie się uśmiecha.
   - Uważasz, że taka dziewczyna, jak ty, poradzi sobie z tym wszystkim? - mówiąc to, pokazuje gestem wszystko dookoła.
   - Dlaczego to cię obchodzi?
   - A czy powiedziałem, że mnie to obchodzi? - w tym momencie siada na ściętym pieńku. - Po prostu mnie zastanawia, skąd ty się wzięłaś.
   - Umiem przeżyć. Sadystyczny Sierociniec przeżyłam.
   - Zwracam honor... albo jednak nie. Marzyłbym o warunkach takich, jak w Sierocińcu.
   - Mówiłbyś inaczej, gdybyś był dziewczyną.
   - Może i traktowali cię tam źle, może bili, może molestowali. Ale to nie jest ważne. Ważny jest dach nad głową i jedzenie.
   - Twoim zdaniem brak szacunku do samego siebie nie jest priorytetem?
   - Jak chcesz to możesz równie dobrze głodować. Mi to obojętne.
   - Mówisz, jak potłuczony. 
   - Gdybyś straciła rodzinę w taki sposób...
   - Straciłam rodzinę w wystarcząjco drastyczny sposób! - przerywam mu. - Nie znasz mnie. Nie wiesz, co ze mną się działo aż do teraz. Po prostu myślisz, że twoja historia przebija wszystkie i to ty jesteś najlepszy. Pieprz się - odwracam się na pięcie i idę przed siebie.
   - Cięty język. Może jak zostaniesz to nie napadnie cię kolejna idiotka z nożem. Prawdopodobnie jestem kretynem. Ale ty potrzebujesz teraz pomocy takiego kretyna.
Odwracam się powoli w jego stronę. Podchodze do niego pewnym krokiem.
   - Pokaż zapasy. Jako Kretyn Pomocnik musisz współpracować.
   - Po prostu chodźmy dalej - złośliwa ja pozwoliła sobie usiąść i czekać na jego reakcję.
Poddaje się. Bierze do ręki plecak i szybkim ruchem go otwiera. Wyjmuje wszystko, co ma:
tabliczka czekolady, cztery butelki wody, dwa bochny chleba, pięć jabłek i lina.
Kiwam głową, po czym wszystko pakuje i ruszamy w drogę.
   - Czy Panna Złośliwa ma jakieś imię?
   - Elizabeth.
   - Tak się nazywałaś w Żeńskim Sierocińcu, prawda? No więc teraz radzę ci nazywać się inaczej. Mogą cię szukać.
   - A słuchaj... Teraz po zabiciu kogoś ważnego, dają za ciebie nagrodę, prawda?
   - Tak, a co? Panna Złośliwa ma jakieś mroczne przewinienia na koncie? Chętnie posłucham.
   - Ciężko było uciec... Po prostu... Dźgnęłam nożem opiekuna - mówię cicho, zatrzymując się.
   - W tych czasach to normalne, wyluzuj.
   - Ta... "Wyluzuj". Chodźmy dalej.
Idziemy w milczeniu jakiś kwadrans, po czym przerywam tę ogłuszającą ciszę.
   - A Kretyn Pomocnik ma jakieś imię?
   - Ryan. I nie nazywaj mnie "Kretyn Pomocnik".
   - Rozważę tę propozycję - mówię, uśmiechając się delikatnie.

piątek, 6 listopada 2015

Rozdział 1.


  
Letnie popołudnie, które jak zwykle spędzam w "Żeńskim Sierocińcu". Pomagam w kuchni w przygotowaniach do kolacji, gdy nagle słyszę głośny krzyk. To na pewno Alice.

  Ta chuda i delikatna dziewczyna jest regularnie maltretowana przez tutejszych opiekunów. Niestety, zdarza jej się często coś rozbić, czy zepsuć. Wyraźnie widzę uśmieszek na twarzy opiekuna Petera. Faktycznie, jest śliczna. Drobna brunetka o oliwkowych oczach. Ma delikatne rysy twarzy. Peter jest wysokim szatynem o sporej muskulaturze. Z łatwością może zrobić jej krzywdę.
  Wykradam się z kuchni i idę powoli za Alice. Mężczyzna prowadzi ją do pokoju, w którym nie ma ani jednego mebla. Stoi tam jednak oparty o ścianę kijek. Zaglądam tam przez szybę. Dziewczyna stoi naprzeciwko opiekuna, który zaczyna ją okładać kijem. Na początku lekko. Raz na minutę. Któregoś razu jednak uderza mocniej. Alice spływa po policzku łza.
   - Płaczesz? Jakie to urocze... - mówi mężczyzna.
Powoli podchodzę do uchylonych drzwi. Peter rozwija rolety. Słyszę jego szept.
   - Ładna jesteś.
  Nie mogę pozwolić na jej krzywdę. Nagle słyszę upuszczenie kija na podłogę. Zimną, betonową podłogę. Wbiegam, rzucając się na opiekuna. Alice ucieka do swojego pokoju. Opiekun łapie mnie za włosy i uderza mnie otwartą dłonią w twarz.
   - Żeby mi to było ostatni raz! - wrzeszczy. - A teraz spieprzaj do pokoju.
  Siedzę na swoim łóżku, jeżeli wogóle mogę tak to nazwać. Stary, podziurawiony materac, leżący na drewnianej, skrzypiącej podłodze. Odkąd zaraza zaczęła się rozprzestrzeniać, wiele miast jest opuszczonych i każdy musi żyć w takich warunkach. Jakikolwiek materac to luksus.
  Patrzę na siebie w zabrudzonym lustrze. Dziewczyna średniego wzrostu, której brązowe włosy sięgają do ramion. Moje duże, piwne oczy zdradzają wszystkie emocje. To moja wada. Nie potrafię ukrywać swoich uczuć. Zamiast siedzieć, leżę, a moje oczy powoli przygotowują się do snu.
  W "Żeńskim Sierocińcu" bicie kogoś ma miejsce średnio raz na trzy dni. Mija już miesiąc, odkąd tu jestem. Mam tego dosyć. Muszę stąd uciec. Niestety, jest to trudne do wykonania. Ciężko jest obejść tych facetów, których hobby polega na okładaniu się pięściami.
  Jest noc. Wszyscy już śpią. Powoli podchodzę do mojej szafki, z której wyjmuję moje stare ubrania, których nie wolno mi tu nosić. Przebieram się w nie. Biorę też plecak. Idę do kuchni, skąd biorę trochę jedzenia.
   - A co tu się wyprawia o tak późnej porze? - słyszę za sobą głos jednego z opiekunów.
Co robić? Tysiące myśli przewija mi się przez głowę, ale na żadnej z nich nie potrafię się skupić dłużej, niż pół sekundy. Niewiele więc myśląc biorę nóż kuchenny i mierzę nim prosto w brzuch Sebastiana - opiekuna od siedmiu boleści.   Delikatnie usuwam nóż z jego brzucha, zanim jeszcze upadnie na podłogę. Co ja zrobiłam?! Nie, to nie dzieje się naprawdę! Jak mogłam kogoś zabić?!
  W tej chwili mam przed oczami moją mamę. Jej śmierć. Została zadźgana przez jakiegoś zachłannego na nasze zapasy mordercę. Nie sposób było opisać, jak wtedy cierpiałam. Rodzina Sebastiana teraz też będzie cierpieć... o ile jeszcze żyje. Stałam się taka sama, jak tamten mężczyzna. Stałam się mordercą. Zabiłam z zimną krwią.
  Szybko stamtąd uciekam. Jak?... Dlaczego ja byłam do tego zdolna? Nie dociera do mnie, co właśnie się stało. Po prostu biegnę przed siebie, w las. Zaczyna mi brakować tchu, ale - nie wiedzieć czemu - nie przejmuję się tym. W końcu jednak przestaję biec, bo potykam się o korzeń wystający z ziemi. Leżę na plecach, wśród drzew i krzewów. Leżę na mchu, który jest o wiele wygodniejszy od materaca w sierocińcu. Moja ręka leży na brzuchu i wyczuwa każdy oddech. Od tej pory nie będzie już tak łatwo. Owszem, wśród sadystycznych opiekunów było ciężko, ale przynajmniej miałam zapewniony pokój i jedzenie. Teraz jestem zdana na siebie.
  Delikatnie zamykam powieki. Znowu widzę mamę. To nie daje mi spokoju. Od dziś jestem zdanym na siebie mordercą. Mordercą z zaciśniętym w ręku zakrwawionym nożem, którego nie potrafię puścić.

sobota, 24 października 2015

Prolog - Elizabeth

          
      Nazywam się Elizabeth Pray. Mam szesnaście lat. Mieszkam w sierocińcu. Ludzie w innych miastach ledwie żyją. Wojna i zaraza nie są zbyt optymistycznymi perspektywami, prawda? Otóż żyję w świecie bez zasad. Pewnie dlatego ci bezkarni głupcy przejmują władzę nad większością miast. Ludność każdego roku maleje. Zaraza opanowuje świat. Lekarze są bezradni. A i tak istnieje coś takiego, jak "Żeński Sierociniec".
      Jest to miejsce najgorsze z możliwych. Jestem zmuszona do noszenia krótkiej spódniczki, koszulki z dekoltem i podkolanówek. Ja tu nie odpoczywam - ja tu pracuję. Regularnie mnie tu biją. Naszymi opiekunami są mężczyźni. Nie wiem, na czym to wszystko dokładnie polega, bo jestem tu od tygodnia.
      Widziałam na własne oczy śmierć mojej matki. Została zadźgana nożem. Do tej pory mam tę scenę przed oczami. Jakiś parszywiec zniszczył mi wtedy życie, odebrał cały świat. Jak mogłabym o tym zapomnieć?
      Ojciec zostawił mnie w tym sierocińcu, ponieważ wyruszył pomagać w walce z zarazą. Ale chwila... Wy nie wiecie, czym jest zaraza.
      Jest to najgorsza rzecz na świecie. Kojarzycie te filmowe potwory, które zjadają ludzi, wolno chodzą i gniją? Tak, zombie. Zaraza działa prawie tak samo. Jedyna różnica polega na tym, że te "potwory" chodzą nieco szybciej. Są po prostu maszynami do zabijania i zjadania ludzi. To ich jedyna potrzeba. A gdzie w tym wszystkim jestem ja?
      Po prostu nie daję się zabić.